11 Listopada Narodowe Święto Niepodległości
11 Listopada Narodowe Święto Niepodległości
8 stycznia 1918 r. prezydent USA Thomas Woodrow Wilson w orędziu do Kongresu
przedstawił czternaście punktów, których spełnienie miało jego zdaniem zagwarantować
pokój w powojennej Europie. Punkt trzynasty gwarantował niepodległość Polsce. Wilson
pisał w nim:
„Stworzenie niepodległego państwa polskiego na terytoriach zamieszkanych
przez ludność bezsprzecznie polską, z wolnym dostępem do morza,
niepodległością polityczną, gospodarczą, integralność terytoriów tego państwa
powinna być zagwarantowana przez konwencję międzynarodową
W praktyce namiastka polskich rządów w Królestwie Polskim istniała już wcześniej, choć
nie była w pełni niezależna. Przede wszystkim na mocy Aktu 5 listopada 1916 r. działała
Rada Regencyjna, która była trzyosobowym ciałem, tymczasowo zastępującym monarchę.
W jej składzie znaleźli się: prymas Aleksander Kakowski, prezydent Warszawy książę
Zdzisław Lubomirski oraz pierwszy prezes Stronnictwa Polityki Realnej Józef Ostrowski.
5 listopada 1916 roku. Fasadowa niepodległość na niemieckich warunkach
Ogłoszona z naprawdę imponującą pompą. W sali kolumnowej Zamku Królewskiego w
Warszawie niemiecki generał-gubernator Hans von Beseler odczytał deklarację swojego
cesarza (a nawet dwóch cesarzy, bo także tego austriackiego), zgodnie z którą miało
powstać niezależne i niepodległe Królestwo Polskie:
Państwo samodzielne z dziedziczną monarchią i konstytucyjnym ustrojem.
Z sali odezwały się entuzjastyczne okrzyki „niech żyje Polska”, niemiecka orkiestra
wojskowa zagrała Boże coś Polskę przez tak liczne wieki. Na mieście wieszano biało-
czerwonej flagi i triumfalne odezwy… Nawet na wieży ratuszowej pojawił się biały orzeł,
do szkół i urzędów zawitała ojczysta mowa, na powrót nadawano ulicom rodzime nazwy.
Decyzja miała na celu omamienie Polaków i skłonienie ich do ochotniczej służby
wojskowej. Rzeczywiście jednak zaczęły powstawać organy polskiej władzy. Najpierw
Tymczasowa Rada Stanu, następnie – Rada Regencyjna.
Według oficjalnej linii z czasów wojny, właśnie 5 listopada Rzeczpospolita odzyskała
niepodległość. Trudno byłoby jednak oczekiwać, że ta data utrzyma się na dłużej.
Chodziło przecież o niepodległość po niemiecku: fasadową, odartą z konkretów i pod
ciągłym wpływem zaborczej władzy.
13 grudnia 1917 r. Rada powołała pierwszy polski rząd pod przewodnictwem Jana
Kucharzewskiego, który funkcjonował do 11 lutego 1918 r. Podał się do dymisji na znak
protestu przeciw niedopuszczeniu jego przedstawicieli do rozmów pokojowych
prowadzonych przez Państwa Centralne z sowiecką Rosją i Ukrainą, które odbywały się
w Brześciu. Zaprotestowali również członkowie Rady Regencyjnej, choć odwrotnie niż
Kucharzewski – nie tylko nie podając się do dymisji, lecz i manifestując niezależność
od państw zaborczych. 13 lutego 1918 r. stwierdzili, że od tej pory legitymację dla swej
władzy czerpią wyłącznie z „woli Narodu”. W praktyce był to niewiele zmieniający gest
dyplomatyczny, ale pod względem politycznym był on pierwszą manifestacją
niezależności Polski. Tym mocniejszą, że wspartą już autorytetem prezydenta Thomasa
Woodrowa Wilsona i Stanów Zjednoczonych.
Między połową lutego a początkiem października 1918 r. działo się jednak w kwestii
polskiej niewiele. Wynikało to bezpośrednio z sytuacji na frontach wojennych. W marcu
wojska niemieckie przeprowadziły potężną ofensywę, w krótkim czasie przesuwając linię
walk o blisko 100 km i praktycznie zatrzymując się w odległości strzału artyleryjskiego
od Paryża. Dopiero powołanie na głównodowodzącego armii alianckich we Francji
marszałka Ferdynanda Focha i stopniowe zwiększanie obecności wojsk amerykańskich
pozwoliły przeprowadzić dwa kontrnatarcia – w sierpniu i we wrześniu – które ostatecznie
już odwróciły bieg wojny. W połowie września 1918 r. Niemcy byli w odwrocie.
Na sytuację Polski przełożyło się to bezpośrednio. 7 października 1918 r. Rada
Regencyjna podniosła głowę i zapowiedziała niepodległość Polski. Dwa tygodnie później
generał-gubernator Hans Hartwig von Beseler złożył dymisję z funkcji Naczelnego Wodza
Polskich Sił Zbrojnych, a na zwolnione przez niego miejsce Rada powołała gen. Tadeusza
Rozwadowskiego (konkretnie został szefem Sztabu Generalnego Wojska Polskiego).
23 października powołano także pierwszy polski rząd, bez konsultacji z władzami
okupacyjnymi. Na jego czele stanął Józef Świeżyński, którego jednym z pierwszych
posunięć było podjęcie próby zamachu stanu, zdetronizowania Rady Regencyjnej
i zaproponowania współpracy zwolennikom Józefa Piłsudskiego. Zamach nie zyskał
jednak poparcia innych ugrupowań i upadł, zanim wybuchł – Rada zdymisjonowała
Świeżyńskiego 4 listopada.
Zaledwie trzy dni później, zupełnie niezależnie od Rady Regencyjnej i w opozycji
do niej, w Lublinie powstał rząd Ignacego Daszyńskiego. Jego władza była ograniczona
do części ziem zaboru austriackiego, ale w składzie znalazły się osoby bliskie
Piłsudskiemu i kluczowe później dla władzy II Rzeczypospolitej, m.in. Wacław
Sieroszewski, Tomasz Arciszewski, Jędrzej Moraczewski, Edward Śmigły-Rydz czy
Stanisław August Thugutt. Piłsudski wyrażał się o nim z największym uznaniem:
„W wystąpieniach rządu lubelskiego jest nuta, której gdzie indziej nie ma. Nuta,
która mówi o rządzie, a nie o współrządzić i dlatego jest to próba, która poszła
najdalej i najsilniej w kierunku stania się rządem polskim”.
Rząd ten istniał jednak zaledwie cztery dni – było to zbyt mało, by realnie dokonać
czegoś znaczącego, choć jednocześnie wystarczająco dużo, by stać się legendą.
W pewnym sensie był on spełnieniem postulatów, o które Polska Partia Socjalistyczna
i Piłsudski walczyli od początku stulecia. Komendant był jednak pragmatycznym mężem
stanu. 11 listopada 1918 r. nie przyjął czerwonego sztandaru, twierdząc, że zamierza
reprezentować ogół Polaków. Przyjął za to dymisję rządu Daszyńskiego, a także naczelne
dowództwo nad wojskiem. Trzy dni później zaś – pełnię władzy nad Polską, powierzoną
mu przez ustępującą (14 listopada) Radę Regencyjną. Sama Rada Regencyjna była
organem źle ocenianym przez współczesnych. Krytykowano jej konserwatywny charakter,
ugodowość wobec okupanta i zasadniczo marionetkowy charakter. Wiele było w tym racji
– niemiecki generał-gubernator miał np. prawo podejmowania decyzji bez jej wysłuchania,
jeśli tylko uzasadnił to wyższą koniecznością wojenną. Wydaje się jednak, że w zaistniałej
sytuacji politycznej można było zrobić wyłącznie dwie rzeczy. Albo – jak Piłsudski –
doprowadzić do kryzysu przysięgowego i pozbawić się wpływu na bieg wydarzeń, albo –
jak członkowie Rady – podjąć jakąś formę współpracy i starać się budować zręby
przyszłej administracji polskiej.
Patrząc z perspektywy lat, wydaje się, że obie postawy finalnie doskonale się
uzupełniły. Piłsudski przewidując bieg wydarzeń, swoim aresztowaniem i uwolnieniem
zbudował z siebie symbol nieprzejednanej walki o polskość – w listopadzie 1918 r. był
jedyną osobą mającą w oczach Polaków moralny mandat do sprawowania władzy. Ale
również członkowie Rady spełnili swoje role.
Niezależnie od oceny nie da się ukryć, że Rada przejęła kontrolę nad polskim
szkolnictwem i sądownictwem, rozpoczęła prace nad przyszłą armią – tworząc urząd Szefa
Sztabu Wojska Polskiego.
Kiedy było to możliwe, względem okupanta wykazywała się brakiem uległości – jak
w przypadku protestu przeciwko traktatowi brzeskiemu lub zapowiadając 7 października
1918 r. niepodległość Polski. Tego dnia w dodatku specjalnym do „Monitora Polskiego”
jej członkowie pisali:
„Wielka godzina, na którą czekał z upragnieniem cały naród polski, już wybija.
Zbliża się pokój, a wraz z nim ziszczenie, nigdy nieprzedawnionych dążeń
narodu polskiego do zupełnej niepodległości. W tej godzinie wola narodu jest
jasna, stanowcza i jednomyślna. Odczuwając tę wolę i na niej opierając
to wezwanie, stajemy na podstawie ogólnych zasad pokojowych, głoszonych
przez prezydenta Stanów Zjednoczonych, a obecnie przyjętych przez cały świat,
jako podstawa urządzenia nowego współżycia narodów. W stosunku do Polski
zasady te prowadzą do utworzenia niepodległego państwa, obejmującego
wszystkie ziemie polskie, z dostępem do morza, z polityczną i gospodarczą
niezależnością, jako też terytorialną nienaruszalnością, co przez traktaty
międzynarodowe zagwarantowanym będzie. Aby ten program ziścić, musi naród
polski jak jeden mąż stanąć i wytężyć wszystkie siły, by jego wola została
zrozumiana i uznana przez świat cały […]”.
W rzeczywistości w początkach listopada władza leżała na ulicy. Kontroli nad
sytuacją nie sprawował Daszyński, ale nie mieli jej już również regenci. Do sięgnięcia po
najwyższe urzędy był zdolny jeden człowiek: właśnie zwolniony z niemieckiej twierdzy
komendant pierwszej brygady Legionów i były członek rady stanu, Józef Piłsudski.
Nawet najwięksi wrogowie Piłsudskiego, jego późniejsi krytycy i konkurenci,
przyznawali, że w tych przepojonych anarchią i niepewnością chwilach był jedynym
możliwym kandydatem na przywódcę państwa. Jego przyjazd do kraju i Warszawy
stanowił nowe otwarcie.
Obrazowo – i w myśl późniejszej, państwowej linii – pisał na ten temat Jędrzej
Moraczewski, bliski współpracownik Piłsudskiego i premier pierwszego rządu
powołanego przez Komendanta:
11 listopada wrócił nareszcie po półtorarocznej niewoli do Warszawy komendant Józef
Piłsudski. Po entuzjastycznym powitaniu przez niezliczone tłumy, oblegające Dworzec
Wiedeński, zabrał się Komendant natychmiast do pracy. Odbył dłuższą naradę z Radą
Regencyjną, której wynikiem było ustąpienie regentów i oddanie całej władzy w ręce
Piłsudskiego.
Te kilka zdań zdaje się w pełni tłumaczyć dlaczego właśnie 11 listopada uznano za dzień
odzyskania niepodległości. Problem jednak w tym, że Moraczewski… wcale nie mówił
prawdy. Propagandowy obrazek, do dzisiaj uparcie powtarzany, zasadniczo odbiega od
historycznej rzeczywistości.
Komendanta nie witały tłumy (bo mało kto wiedział o jego powrocie Przede
wszystkim zaś: to wszystko wcale nie działo się 11 listopada. Piłsudski wrócił do kraju już
dzień wcześniej, wtedy istotnie naradził się z regentami i wtedy podjęto już wstępną
decyzję o przekazaniu mu zwierzchniej władzy nad krajem.
Jeśli więc jest się zwolennikiem wiązania polskiej niepodległości z przyszłym
Marszałkiem, to datę należałoby przesunąć o jeden dzień w tył.
Ewentualnie można ją przesunąć też o trzy dni w przód: 14 listopada regenci ostatecznie
zrzekli się swoich prerogatyw, a Piłsudski został Naczelnikiem Państwa.
Jeśli zaś chodzi o 11 listopada to oczywiście wiele się wtedy działo. Nikt jednak na
bieżąco nie pisał, że jest to dzień odzyskania niepodległości; i mało kto tak myślał. Po
prostu 11 listopada Niemcy zgodzili się na zawieszenie broni, tym samym kończąc
pierwszą wojnę światową. I tę datę z historii powszechnej jakby z automatu rozciągnięto
na dzieje ojczyste.
Narodowe Święto Niepodległości, obchodzone 11 listopada, ustanowione zostało w 1937
r., a po okresie PRL przywrócone ustawą z 15 lutego 1989 r.
Źródła: https://ciekawostkihistoryczne.pl, https://wpolityce.pl, https://www.tvp.info



